|
Słowo wstępu
Wulgaryzmy użyte w opowiadaniu, służą jedynie zobrazowaniu pewnych złych zjawisk, których nie da się pokazać mówiąc o nich w sposób kulturalny. Ja sam unikam takich sformułowań i nie jestem ich zwolennikiem. Sztuka, ma jednak swoje prawa i jeśli ma być odbiciem rzeczywistości, nie może unikać brudnego języka.
Zapraszam, do lektury osoby pełnoletnie, oraz te które mają otwartą głowę i nie bulwersują ich wyrazy, lecz zjawiska które z nimi stoją, takie jak agresja, czy głupota (w zasadzie na jedno wychodzi bo człowiek agresywny jest głupi).
Życzę miłej lektury
-----------------------------------------
Ostatnie "Que sera sera"
Strumienie deszczu niczym serie z karabinu maszynowego, wściekle atakowały chodnik. Zerowa widoczność skutecznie studziła zapędy większości kierowców traktujących jazdę za innym pojazdem jako osobistą zniewagę.
W suchym „sanktuarium” zadaszonego przystanku autobusowego schroniło się siedmioro ludzi. Byli skazani na swoje towarzystwo i raczej nie mieli zamiaru korzystać ze „spacerniaka”.
Siwy staruszek siedział zgarbiony na ławce i rytmicznie postukiwał laską w chodnik. Stojące obok dwie rozszczebiotane niewiasty, zmierzające nieuchronnie do pełnoletniości, zajmowały czas rozmową, której to debacie każdy ze zgromadzonych musiał się niestety przysłuchiwać, bo rozmawiały bardzo głośno. Nieco dalej kilkuletni chłopiec dokazywał niczym stado małp, bezskutecznie uspakajany przez rodziców.
Stałem oparty o metalowy wspornik zadaszenia, ściskając w dłoni bukiet czerwonych róż. Co chwila nerwowo spoglądałem na zegarek. Byłem spóźniony przeszło godzinę - nie znosiłem się spóźniać. Zawsze wychodziłem o wiele wcześniej, by losowe wypadki nie pokrzyżowały mi planów. Niestety, gdy właśnie miałem wychodzić, zatelefonował Rysiek - koleżka z roboty. Przez kolejną godzine musiałem mu tłumaczyć, co ma zrobić, by zresetować bezpiecznie serwer i przywrócić kopię bezpieczeństwa. Potem ten cały deszcz, korek - ech szkoda gadać... A teraz byłem skazany na te głupie dziewuchy, paplające jak opętane o niczym.
- Niefart totalny! Musiał akurat wejść i zajebać nam towar - marudziła jedna z dziewczyn. - Jak zadzwoni do starych to będzie wtopa.
- Kochana, ta menda nam może naputać - powiedziała tonem znawcy brunetka w czerwonym płaszczu. - Nawet pały nam nie walnie z zachowania. Przecież wiesz, że Dyro to cykor.
- Ta, sam tę gandzię pewnie wyjara - zawtórowała puszysta blondynka o krótkich ulizanych na żel włosach i zaraz dodała:
- Koniował jeden, jak ma głoda to niech sobie sam kupi!
- A widziałaś, jakie oczy strzelił jak mu walnęłam, że jeśli się nie odpierdoli, to go pozwiemy za molestowanie seksualne? Skitrał się niejebutnie. - To mówiąc brunetka zachichotała.
- Ja pierdrolę, taka trawa poszła się jebać... - Żałość, jaka emanowała z blondynki, przypominała rozczarowanie małego chłopca, któremu zamiast wymarzonej kolejki, rodzice kupili skarpetki.
- Jutro po lekcjach wpadniemy do jamy chama i odzyskamy towar!
Rozmawiały głośno, bez skrępowania. Małżeństwo miało własne problemy z niesfornym szatanem, a mi nie chciało się wtrącać do gnojstwa. Jedynie starszy pan przysłuchiwał się paplaninie dziewczyn, co pewien czas pomrukując i kiwając głową, jakby uczestniczył w ich rozmowie.
- Co ten kutas dyrektor sobie myśli? - Nie dawała za wygraną blondynka - Że jest jakimś boskim idolem, czy co? Cała ta popieprzona szkoła, zatruwa nam tylko życie i zabiera czas!
- W waszym przypadku muszę zgodzić. Faktycznie szkoła zabiera wam tylko czas - odezwał się niespodziewanie starszy pan.
- Co tam dziadek jęczysz? - zapytała brunetka, wykrzywiając twarz w ironicznym uśmiechu. Zatrzepotała jednocześnie rzęsami jak motyl i puściła oko do koleżanki.
- Mówię, że w waszej sytuacji, szkoła to wielka strata czasu - odparł, jakby nie zwracając uwagi na to, że dziewczyna go lekceważy.
- Ma zgred rację - powiedziała blondynka.
Siwy mężczyzna podniósł głowę i spojrzał ku ulicy, jakby chciał przewiercić wzrokiem ścianę deszczu.
- Rzućcie szkołę i spędzajcie czas na zabawie, chwytajcie chwilę.
- Popatrz go, jaki chojrak - zaśmiała się dziewczyna w czerwonym plaszczu - A może ci jeszcze usiąść na kolanach i wyliżesz mi..
- Hola, hola! - krzyknął mężczyzna stojący z kobietą i dzieckiem - Nieco szacunku może dla starszych?
Dziewczyny odwróciły się w jego stronę i postawiły oczy jakby dostały nagłego wytrzeszczu.
- Odwal się! Ten stary zgred sam nas zaczepił. Pewnie ma chcicę - zapiszczała grubsza, zamaszyście gestykulując rękami.
- To nieładnie tak się odzywać do innych; niewychowane gówniary - zawtórowała mężowi kobieta - a pan - tu zwróciła się do staruszka- powinien się wstydzić i nie dawać głupich rad.
- Znalazła się nauczycielka moralności... - zapiszczała blondynka.
Cała sytuacja napełniała mnie niesmakiem. Nie znoszę chamstwa, lecz kto mieczem wojuje...
- Idźcie stąd! Wynocha! - warknąłem do dziewczyn tonem niedopuszczającym odmowy.
- Do kogo ta gadka, cieciu?! - zajęczała blondynka, lecz gdy ruszyłem stanowczym krokiem w ich stronę - mam dwa metry wzrostu i golę sobie głowę na zero, by zamaskować łysienie - obie z piskiem wybiegły na deszcz.
- Nie umiecie się zachowywać, to będziecie mokły - rzuciłem gniewnie za nimi, by zrozumiały, że nie żartuję.
Deszcz zachłannie połknął wkurzone dziewczyny, jak gdyby chciał ostudzić ich emocje i spłukać wraz z makijażem całą głupotę. To pierwsze udało mu się już po paru sekundach, drugie... mission impossible.
- Niepotrzebnie je pan spłoszył, i to w taki deszcz - podsumował staruszek, spoglądając na biegnące szybko nastolatki.
- Z pana to niezły numer - stwierdziłem patrząc na jego pomarszczone, pokryte wątrobowymi plamami dłonie - Zaczynam podejrzewać, że celowo je pan prowokował.
- Stary, a głupi - orzekła krótko kobieta, wracając do daremnych prób skłonienia syna, by choć przez chwilę postał w jednym miejscu.
Staruszek zachichotał. Ma coś chyba z głową, demencja... - pomyślałem patrząc ponownie na zegarek. Anka mnie zabije i to akurat w drugą rocznicę chodzenia. Moje rozmyślania przerwał histeryczny pisk:
- Mamoooo chcę chipsy!
- Maciuś, dam ci jak wrócimy do domu - szepnęła kobieta pochylając się nad synem.
- Ale ja chcę teraz! Masz w siatce, daj mi teraz!
- Synu.. - rozpoczął mężczyzna, lecz nie dane mu było dokończyć, tej wspaniałej zapewne przemowy.
- Ja chce chipsy! Chipsy!
- Synku uspokój się, w domu mama ci da.
- Zamknij się! - krzyknął chłopczyk do ojca - chipsy chcę! - Zacisnął mocno pięści i potrząsnął nimi ze wściekłością.
- Gośka daj mu te chrupki, bo znów zacznie ryczeć.
Zaszeleściła reklamówka i już po chwili Maciuś z triumfem w oczach chrupał złociste paski posypane papryką.
- Już dobrze skarbie? - zapytała kobieta, lecz malec nie odpowiedział, jak gdyby obrażony, że jego zachcianka musiała tyle oczekiwać na realizację - synku, no przestań, mama cię kocha.
- W domu mu przejdzie, zostaw go - powiedział mężczyzna, wyraźnie zadowolony, ze syn na moment się uspokoił.
- Przepraszam, że się wtrącę, ale uważam, że państwo krzywdzicie syna. - Był to głos staruszka. Ech, znów wtrąca się w nie swoje sprawy - pomyślałem i odwróciłem głowę, bo byłem ciekaw o co mu właściwie chodzi
- O, pan fachowiec od podrywania nieletnich znów się obudził - stwierdziła kobieta.
- Pobłażanie jego zachciankom nie jest dobre - kontynuował - a wręcz może zniszczyć mu życie.
- Nie ma pan jakichś własnych spraw? - zapytał mężczyzna, akcentując dobitnie słowo „własnych”.
Laska stuknęła o bruk, staruszek jęknął wspierając się na niej i kuśtykając podszedł do małżeństwa.
- Proszę państwa, czasem trzeba dać dziecku klapsa.
- Co też pan za głupoty opowiada, dzieci wychowane bez przemocy są inteligentniejsze i bardziej otwarte. - oświadczyła kobieta.
- Inteligencja nie zastąpi mądrości.
- Nie będzie mnie pan pouczał, jestem z wykształcenia pedagogiem i wiem, co robię.
Starzec zaczął rechotać, lecz tym razem było w tym śmiechu coś złowieszczego.
- Wychowamy go na porządnego człowieka - wtrącił mężczyzna.
Starzec przestał się śmiać i wyprostował się, odrywając laskę od ziemi. Był tak samo wysoki jak ojciec chłopca, pomimo, iż wcześniej można było ulec wrażeniu, że ustępuje mu wzrostem o głowę.
- W ten sposób na pewno nie! - rzucił z sykiem, a następnie jednym płynnym ruchem głowy skierował wzrok na matkę dziecka. Oboje zamarli w bezruchu, świdrując się spojrzeniami. Zdawało mi się, że kontury ich postaci przez moment zajarzyły się bladą poświatą.
- Gośka, co robisz? - zapytał mężczyzna, bo zaniepokoił się, że jego żona wpatruje się z nabożnym skupieniem w nieznajomego. Gdy nie zareagowała, ponowił pytanie, lecz głośniej.
- Gośka, co ci jest? - Potrząsnął energicznie jej ramieniem. Przez parę kolejnych sekund nie reagowała na wysiłki męża, a po chwili oderwała wzrok od staruszka i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Chłopiec i ojciec z wrażenia oniemieli. Gdy minął pierwszy szok, mąż wziął ją w ramiona.
- Co ci jest? Uspokój się! - Jednak ona nie zamierzała przestać wrzeszczeć. Mężczyzna wypuścił ją z uścisku uderzył z otwartą dłonią w twarz. Podziałało.
- Gośka, co z tobą? - zapytał.
Żona w milczeniu popatrzyła oszołomionym wzrokiem na męża, staruszka, potem na mnie, a gdy w końcu jej wzrok spoczął na synu, wyszeptała drżącym głosem:
- Maciek... Maciek? - Jednym sprężystym krokiem doskoczyła do niego, uklękła i wzięła w ramiona.
- Maciuś, Maciuś, kocham cię! - Zaczęła płakać, lecz jednocześnie śmiała się serdecznie.
Syn próbował się uwolnić, lecz ona wzmocniła uścisk i wypuściła go z ramion dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Gdy się rozdzielili, chipsy wysypały się na asfalt. Maciek znów zaczął wrzeszczeć.
- Chipsy, moje chipsy, ja chcę chipsy! - W gniewie cisnął torebką w twarz klęczącej obok niego matki.
Powoli miałem tego dosyć. Zacząłem się zastanawiać czy to, nie aby, przystanek dla umysłowo chorych. Ojciec Maćka chyba myślał podobnie, bo wsunął dłonie we włosy i nerwowo je mierzwił.
- Maciek, uspokój się! - krzyknęła Matka. Maciuś nie był z tych dzieci, które reagują na polecenia. Sytuacja zdawała się być beznadziejna.
- Maciuś, nie mamy drugiej paczki - tłumaczył ojciec, lecz równie dobrze mógłby przekonywać lwy do wegetarianizmu. Chłopiec wył, uderzając piąstkami w pleksiglasowe ściany przystanku. I wtedy stało się coś, nieoczekiwanego. Pani Gosia wstała z kolan, chwyciła syna za rękę, praktycznie go za nią podniosła, a następnie wymierzyła mu w tyłek trzy siarczyste klapsy. Krzyk ustał jak ręką odjął, w dosłownym słowa tego znaczeniu. Szum deszczu, warkot samochodów i stukot laski staruszka, który właśnie spokojnym krokiem wracał na swoje miejsce, jako jedyne rozpraszały ciszę.
- Ależ Gosiu! - zaczął mąż.
- Władek, ty weź i mi tu nie Gosiuj! A ty - to mówiąc pochyliła się nad synem grożąc mu palcem - zachowuj się przyzwoicie, bo nie jesteś tu panem i władcą. Kocham cię, ale nie zawaham się złoić ci skórę, jeśli nie będziesz się nas słuchał.
Maciuś stał potulnie z rękami splecionymi za plecami, spoglądając zdumiony, to na matkę, to na ojca.
- Gośka, dzieci się nie bije! - rzekł Włodzimierz. - Sama to przecież mówiłaś...
- A chcesz, by nie skończył szkoły średniej, pracował na budowie, miał wypadek, wpadł w narkotyki, kradł, by zdobyć pieniądze i zaćpał się na śmierć? Chcesz tego? Bo ja po raz drugi, nie zamierzam przeżywać jego pogrzebu! - Spojrzała przelotnie w stronę starca, który siedział znów na ławce, kiwnęła mu głową. W odpowiedzi uśmiechnął się. Mąż chyba jeszcze nie rozumiał, lecz wyraźnie nie miał zamiaru się przeciwstawiać żonie. Przegrał tą bitwę, jak zapewnie wiele innych wcześniej.
- Aha i mam do ciebie jedną prośbę, nie mizdrz się do tej Moniki z pracy, bo jej mąż złamie ci szczękę, a ja się z tobą rozwiodę.
- No, co ty kochanie...
W tym momencie podjechał autobus. Małgorzata pociągnęła syna, a ten jak baranek poszedł potulnie za nią, mąż uczynił podobnie.
Gdy autobus znikł w zacinających strugach deszczu, spojrzałem na staruszka. Był zadowolony: uśmiechał się i miarowo kiwał głową.
- Mógłby mi pan powiedzieć, co tu się dokładnie stało? - zapytałem siadając obok niego na ławce.
- Zmiana metod wychowawczych.
- Ale co pan zrobił? Pokazał jej pan przyszłość?
- Przyszłości nie ma, jesteśmy wolni.
- Ale przecież pokazał jej pan to, co czeka ich syna, a więc sam musiał pan to wiedzieć.
Podniósł głowę i przez chwile szukał czegoś wzrokiem.
- O, widzisz tę torebkę foliową? - Wskazał laską na opakowanie po chipsach, które zostawił dzieciak. Wiatr miotał nim w różne strony, odbijając się od ścian przystanku. - Jak myślisz, czy wiatr w ciągu godziny jest zdolny przenieść ją do Paryża?
- Jasne, że nie.
- A w kosmos?
- To absurd.
- A na drugą stronę ulicy?
- Tak, to jest możliwe. - odparłem, lecz dalej nie miałem zielonego pojęcia o co mu chodzi.
- Gdybym owinął nią kamień, związał sznurkiem i cisnął przez jezdnię, to zgodzisz się ze mną, że znalazłaby się tam w bardzo szybko. Znowuż, jeżeli odpowiednio ciężkim kamieniem przygniótłbym ją do ziemi, to przeciętnie silny wiatr mógłby sobie dmuchać do woli; nie wskórałby nic.
- Co pan chce przez to powiedzieć?
- Przyszłości nie ma, ale jak widzisz, zdołaliśmy przewidzieć losy tego opakowania po chipsach, rozważając kilka możliwych wersji i wykluczając te prawie absurdalnie nieprawdopodobne. Potrafimy także zmienić w pewnym zakresie los tego śmiecia.
- Świat to miliardy ludzi obdarzonych wolną wolą, zwierząt, przedmiotów, i niezliczonej ilości czynników. Nie da się przewidzieć wszystkich wersji wydarzeń, torów atomów, neutrin...
- Z faktu, że czegoś nie potrafisz, nie wynika, że nikt tego nie umie, albo, że ty sam nie zdobędziesz tej umiejętności jutro. Takie obliczenia to kwestia odpowiedniego algorytmu i złożonej maszyny liczącej.
- Musiałaby to być prawdziwie boża maszyneria. A może jest pan stwórcą świata, Bogiem jedynym?
- Nie jestem Bogiem. Ale mam dar, i bardzo sprawny mózg. Jest to potęga większa od wszystkich komputerów na świecie. Przeważnie się nie mylę.
- Jest pan bardzo pewny siebie - powiedziałem. Wahałem się, bo z jednej strony, widziałem, co zrobił dla matki Maćka, lecz z drugiej było to zbyt trudne do zaakceptowania.
- Będąc na moim miejscu, też byłbyś - odparł - No - ale na mnie już czas.
- Przecież nie przyjechał żaden autobus? Ach zapomniałbym, widzi pan przyszłość. To może mi pan powie, za ile przyjedzie moja szóstka, bo zaczynam już tracić cierpliwość. - Ironizowałem, lecz jednocześnie czułem żal, że odchodzi, bo miałem jeszcze parę pytań. Gość miał nierówno pod sufitem, ale było w nim coś takiego, co napełniało mnie dreszczem; strachu i podniecenia.
Staruszek wstał z ławki i ruszył w kierunku ulicy. Podniosłem się także.
Pokuśtykał ku krawędzi zadaszenia przystanku, by po chwili bezgłośnie zderzyć się ze ścianą burzy. Deszcz momentalnie zmoczył jego siwe włosy i wsiąkł w ubranie. Nie zrobiło to na staruszku żadnego widocznego wrażenia.
Zmoknięty do suchej nitki, z posklejanymi włosami, wyglądał jak szaleniec, pustelnik, całkowicie oderwany od świata. Gdy dotarł do krawężnika, odwrócił głowę w moim kierunku. Jego oczy szkliły, się dziwnym szarym poblaskiem, a całość sylwetki otaczała delikatna poświata. Z dużym wysiłkiem wyprostował się i krzyknął do mnie zagłuszając deszcz:
- Wolność polega na dokonywaniu wyborów! Masz mózg, po to by wybierać najlepsze wyjścia, nawet.. jeśli ci się nie podobają.
Poczułem dziwny dreszcz, który przeszył mnie niczym impuls elektryczny. Głos starca przebrzmiał, a deszcz znów zaszumiał. Ze zdumieniem spostrzegłem, że staruszek stał na krawężniku, lecz jednocześnie mglista kopia jego osoby ruszyła do przodu. Usłyszałem krzyk i ujrzałem kątem oka jakiś kształt przemykający w powietrzu. Samochody niczym widma płynęły po asfalcie, a ich ilość zwiększała się z każdą chwilą. Staruszek stojący na krawężniku zrobił krok do przodu, natomiast ten idący po ulicy przystanął na jej środku. Samochody przejeżdżały przez niego na wylot i tylko nieliczne skręcały unikając zderzenia. Staruszek wchodzący na ulicę zawahał się i wrócił na chodnik, lecz jednocześnie inny, kroczył ku środkowi jezdni. W oddali grupka widmowych postaci zebrała, się spoglądając na coś leżącego w krzakach. Postacie i samochody nieustannie tworzyły swoje kopie, które rozchodziły się w różne strony. Zakręciło mi się w głowie i zatoczyłem się. Na szczęście miałem ze plecami pleksiglasową ściankę przystanku. Wsparłem się na niej i zacisnąłem mocno powieki. Musiałem się skupić, by nie oszaleć. Skoncentrowałem myśli na siwym mężczyźnie stojącym na krawężniku. Instynktownie wiedziałem, że to pomoże. Gdy je otworzyłem, wszystko wróciło do normy, a starzec, ten jak najbardziej realny, wykonywał właśnie pierwszy krok na jezdnię. Nie zamierzałem go powstrzymywać. Szedł spokojnym krokiem i zatrzymał się dopiero na ciągłej linii oddzielającej kierunki ruchu. Kilka wozów wyminęło go, a ich kierowcy dawali upust swojej wściekłości przeraźliwie trąbiąc klaksonami. Jednak srebrne Audi 80 B4, jadące z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę nie miało najmniejszych szans, by wyminąć starca. Tym bardziej, że jego kierowca, łysy jak kolano troglodyta, miał dwa promile we krwi, a rycząca muzyka techno, skutecznie zagłuszała resztki jego świadomości.
Auto, niczym srebrna kula, wyskoczyło z mgły deszczu i uderzyło z impetem w starca, wyrzucając go w powietrze jak pluszowego misia. Był martwy, jeszcze zanim spadł na chodnik. Przerażający odgłos, gdy zderzył się z asfaltem i poturlał w krzaki, był niczym kurtyna, obwieszczająca, że przedstawienie zwane życiem, właśnie się skończyło. Lecz to staruszek wybrał moment końca swojej roli, a nie rak, który toczył jego ciało...
Do kierowcy Audi dopiero po dwóch sekundach dotarło, że coś złego się wydarzyło. Jego wypalony narkotykami mózg powziął najbardziej kretyńską decyzję, na jaką go było stać. W jej rezultacie skin z całej siły wdusił pedał hamulca i szarpnął kierownicą. Pędzący po mokrej nawierzchni samochód, momentalnie wpadł w poślizg i zjechał z ulicy piszcząc łysymi oponami, by następnie wbić się czołowo w masywną betonową latarnię. Gdyby skin zapiął pasy; uratowałyby życie. Prawdopodobnie przez następne trzydzieści lat tkwiłby samotnie na wózku inwalidzkim w domu opieki społecznej, zanim śmierć zakończyłaby jego pełne narzekań i bólu istnienie.
Na szczęście wystające pleców szczątki kierownicy i strzaskana czaszka, wybawiły go od tego losu.
W tym samym czasie, trzy kilometry od miejsca wypadku, dziesięcioletnia Kasia wychodziła właśnie z domu. Teraz byłem prawie pewny, że przejdzie spokojnie przez jezdnie, bo srebrne Audi nie zdmuchnie jej już z przejścia. Dziewczynka dotrze bezpiecznie do szkoły i dostanie dziś piątkę lub czwórkę, w zależności od tego czy jej nauczycielka zaplami w stołówce żakiet, czy nie. Za kilkadziesiąt lat, Katarzyna, jeśli nie podejmie jakiejś nierozsądnej decyzji, ma spore szanse na starość u boku miłego mężczyzny. Siwy staruszek, leżący w krzakach, pośrodku zbiegowiska, o którego istnieniu nigdy nie będzie miała pojęcia, „kupił jej” przed momentem szansę na udane życie.
Obrazy pojawiały się w mojej głowie. Różne wersje tych samych wydarzeń, niczym blade przebłyski starych filmów, pokazywały możliwe wersję przyszłości. Widziałem niezliczoną ilość istnień, przedmiotów, atomów, neutrin.
Właśnie pojechał mój autobus. Anka wściekła się zapewne, (byłem na 98,2 % pewny, że tak właśnie jest) że się spóźniam. Dokupię do kwiatów, czekoladki i wino. Posiedzimy w domu, na kanapie, wtuleni w siebie, sącząc z butelki i zagryzając słodkościami. Nie chce jeszcze dziś wiedzieć, co na mnie czeka jutro - pomyślałem ze smutkiem, lecz wiedziałem, że to daremne pragnienie. Nie! Nie! Musze się skupić, stłumić natrętne obrazy, by przeżyć jeszcze jeden dzień po staremu i ostatni raz zanucić:
"Que Sera, Sera,
Whatever will be, will be
The future's not ours, to see
Que Sera, Sera
What will be, will be."
A potem czeka mnie nawał pracy...
Lublin marzec 2008
--------------------
Proszę o szczere opinie o tekście, przeczytam je z uwagą i wezmę do serca. Oczywiście jest to tekst sprzed roku, lecz przeczytałem go ponownie i w zasadzie, gdybym pisał go dziś, uczynił bym to bardzo podobnie.
Pozdrawiam
_________________

|