|
Opowiadanie to jest zapisem snu. Żeby je nieco urozmaicić i udramatyzować, postanowiłem je podzielić na cztery części i ułożyć w kolejności niechronologicznej, tak więc macie przed sobą małe puzzle, które po przeczytaniu dopiero stworzą jedną całość. :)
Miałem kiedyś taki sen (cz. 1)
Ciężko nazwać to tragedią, ale dla mnie to była właśnie tragedia, ze zrozumiałych tylko dla mnie i dla niej względów.
Po kilku chwilach, które zdawały się być bezkresnymi minutami, zdała sobie sprawę, że w pokoju ma gości i przywitała się z każdym po kolei, z uśmiechem podeszła do nich, a ja miałem wrażenie, że za chwilę jej uśmiech zniknie i zamieni się w niekontrolowany grymas, a stanie się to w chwili, gdy tylko jej wzrok ugrzęźnie na mnie. Chciałem zniknąć, przestać tam być, ale się nie dało, odłożyłem więc wyblakłego misia, którego nerwowo ściskałem w dłoniach, na swoje zasłużone miejsce i czekałem na to, co zrobi, gdy mnie zobaczy.
W końcu podeszła i do mnie. Dużo razy wyobrażałem sobie pierwsze po miesiącach spotkanie, ale tego się nie spodziewałem. Myślałem, że jak się kiedyś zobaczymy, to świat zawiruje i stanie na głowie, chcąc sprostać romantycznej chwili. A teraz jedyne, co potrafiłem zrobić w tym bolesnym szoku skończonego durnia, to podać jej rękę.
Nowego kolorytu zaczął nabierać obraz widziany przeze mnie, czułem, że się zmniejsza, potem znowu zwiększa, a przed oczami przebiegły mi smutne krople, które odbijały się od ścian, goniąc puls serca, robiły to tak nieporadnie i niedbale, że nie miały najmniejszych szans, by go schwytać.
Oglądałem ją niedługo, ale nie wyglądała mi na zakłopotaną, bo w sumie czemu miałaby być. Nie miała przecież żadnego związku i wpływu na moje marzenia przez czas, kiedy była daleko. Dookoła siebie miała tylko błękitną poświatę, wychodzącą od barwy sukienki, wyglądała przy tym świeżo i promiennie, a jej przenikliwe, jakby dziecięce spojrzenie dodawało tylko niewinności i lekkości atmosferze.
To mi nic a nic nie ułatwiło odczytania jej myśli i w końcu, z bałaganu wrażeń i uczuć, przestałem odróżniać zmieniające się w każdym ułamku sekundy impulsy, jakie zaczęły dochodzić mnie przed kilkoma momentami.
Miałem kiedyś taki sen (cz. 2)
Początek bez problemów dało się przewidzieć, nie trzeba było do tego starych mędrców czy demagogicznych proroków, bowiem zaczęło się jak poprzednio: było przyjemnie i spokojnie, wiosenny wieczór okalał świat, a żyło się wtedy z niczym nie wymuszoną przyjemnością.
Wraz ze znajomymi postanowiliśmy odwiedzić pewną koleżankę. Ja jednak pamiętam już tylko sam moment, gdy byliśmy w jej pokoju i czekaliśmy, aż przyjdzie, bo, niestety, nie zastaliśmy jej od razu. W domu nikt się nie zorientował, że potajemnie się tam dostaliśmy, chociaż na pewno ktoś inny był, czułem wyraźnie obecność tej jeszcze jednej osoby, ale ona nie miała na nic wpływu, stanowiła jedynie tło.
Gdy byliśmy już w ciemnym pokoju, ja wygodnie usiadłem na łóżku, po lewej stronie mając kupę pluszaków, ułożonych raczej w biegu niż starannie. Wziąłem sobie różowego misia, który dumnie siedział na samym szczycie i obserwował świat, popatrzyłem w jego smutne oczy - jedyny zwiastun nieszczęścia, jakie dla mnie zbliżało się wielkimi krokami. Miś był już bardzo stary, wyblakły przez mijające lata, ledwo odgadłem, jakiego musiał być koloru w czasach swojej naturalnej świeżości, od tego czasu przeżył pewnie niejedno, pomyślałem.
Opatrzność jednak nad nim czuwała, bo z wnętrza pluszaka emanowała jakaś niezrozumiała energia, uświadamiająca mi istotę i sens przyszłych wydarzeń, która szukając ujścia, wydobywała się oczami - przytłaczającymi a parzącymi zarazem. W tej chwili nie mogłem wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, bo ani nie mam nic ze starych mędrców, ani tym bardziej z demagogicznych proroków. Czekałem więc nieświadomie na osobistą tragedię.
Miałem kiedyś taki sen (cz. 3)
Usiadłem z powrotem na tym samym miejscu, z którego zerwałem się, żeby się z nią przywitać, niedaleko góry pluszaków, a ona obok mnie. Wtem w pokoju dostrzegłem jeszcze jedną osobę - był to chyba sprawca mojego nieszczęścia, a jej błogosławieństwa.
Bez żadnego ostrzeżenia, tak jak to zwykle bywa w okolicznościach, w których się znalazłem, ni stąd, ni zowąd pojawił się niewzruszony, siedział w rogu pokoju na fotelu, wygodnie oparty, i ze stoickim spokojem, jak gdyby nigdy nic, robił nam zdjęcia, co jakiś czas poprawiając coś w aparacie. Koleżanka, którą odwiedziliśmy i która dopiero przed kilkoma chwilami przyszła, powiedziała wtedy do mnie: "Może sobie je umieścisz w albumie". Gdyby tak było na jawie, mógłbym to odebrać jako nieprawdopodobną wręcz bezczelność, ale w śnie wydawało się to powstałe bardziej z lekkiej konsternacji, którą postanowiła przerwać i jakoś zacząć rozmowę.
Siedziałem nieruchomy, nie miałem już więcej ani odwagi na nią spojrzeć, ani tym bardziej ochoty rozmawiać o czymkolwiek. To nie było tak, jak miało być, po raz kolejny, więc powinienem był takie sytuacje skrupulatnie wkalkulować jako bardzo prawdopodobne lub niemalże pewne i oczywiste.
Oni kilka razy spojrzeli na siebie kokietującym wzrokiem, jak zakochani, z uśmiechem nie zdradzającym żadnego kłopotu, wręcz przeciwnie. W głowie zrodziła się myśl, żeby uciec stamtąd jak najszybciej. Wstałem i czym prędzej pozbierałem swoje rzeczy ze stolika, które się tam jakoś w międzyczasie znalazły, nie wiadomo skąd i jak.
Następne, co pamiętam, to mój samotny marsz przez ciemne ulice miasta i próba wytłumaczenia sobie tego, co się stało.
Potem się obudziłem, spojrzałem na budzik - dochodziła godzina piąta rano, dzień już zaczął nieśmiało zaglądać do mojego pokoju, zamknąłem oczy na moment, chcąc dojść do siebie po nocnym odpoczynku, który, paradoksalnie, bardziej mnie wyczerpał niż niejeden wysiłek fizyczny. Pół godziny później wstałem i spisałem ten sen.
Miałem kiedyś taki sen (cz. 4)
A ta osobista tragedia właśnie nadchodziła. Poczułem to coś całym ciałem, gdy usłyszałem, że ktoś wchodzi do domu, choć nie potrafiłem tego określić i ściślej zdefiniować. Potem z głębi przedpokoju wydobył się głos koleżanki, od razu go rozpoznałem, nie sprawiło mi to najmniejszej trudności, mając jeszcze w pamięci nasze bardzo odległe spotkanie i rozmowy z nią. Powiedziała: "Już jestem, odwołali nam zajęcia!".
Z łóżka, czyli z miejsca, gdzie ja siedziałem, było widać jedynie kawałek przedpokoju, więc wlepiłem weń swoje niespokojne spojrzenie, bo chciałem ją wreszcie zobaczyć, nawet jeżeli ona nie miałaby się cieszyć tak samo serdecznie ze spotkania jak ja.
I wtedy zobaczyłem. Przeszła przedpokojem, naprzeciwko miejsca, gdzie ja byłem, wyglądała prześlicznie, dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Taką też ją zapamiętałem i przypominałem sobie raz za razem, gdy tylko była ku temu okazja. Była ubrana niezwykle lekko - w zwiewną sukienkę koloru błękitnego, która mogłaby raczej uchodzić za odzież do spania, ale nie to zwróciło moją natrętną uwagę.
Właśnie w tym momencie zorientowałem się, co znaczyły smutne oczy wyblakłego, ale mimo wszystko jeszcze różowego misia. Zobaczyłem jej brzuch, powiększony, wielkości arbuza. Tak, to było to, co przypieczętowało moją powolną agonię, trwającą od chwili, kiedy się poznaliśmy.
|