Podobało mi się, że Rafał patrzy na mnie jak na kobietę, a nie na niepełnosprawną. Zapytałam: - Co tobie się we mnie spodobało? - Wygląd
Ela (35), Wiktoria (6):- Podejrzewam, że jestem w ciąży - powiedziałam.
- Słucham?! - ginekolog był w szoku.
I jego pierwsze zdania były takie, że niedobrze, taka jestem mała, taka niska i gdzie się ta ciąża rozwinie? Miałam wrażenie, że daje mi do zrozumienia, że najlepiej byłoby usunąć.
Poszłam do innego. Najpierw zrobiłam wywiad - prowadził wcześniej osobę na wózku. Nie był zdziwiony, fakt - lekko przerażony. Od razu postawił diagnozę, że to ciąża wysoko zagrożona.
Kiedy postanowiliśmy z mężem, że staramy się o dziecko, ja nie zbadałam się, czy jest jakieś ryzyko. Już mi odradzano - w szkole średniej wpajano nam, że kobiety na wózkach nie powinny mieć dzieci, bo to może źle wpłynąć na zdrowie albo dziecko może urodzić się chore.
Wierzyłam, że wszystko będzie dobrze. Urodziłam się z rozszczepem kręgosłupa, to nie jest genetyczne. Poza tym zdrowe kobiety też rodzą chore dzieci. Może to egoizm, ale bardzo chciałam mieć rodzinę.
Rafała poznałam osiem lat temu na imprezie. Miałam 27 lat, on 24. Fajnie nam się rozmawiało, zaproponował spotkanie, potem następne i tak się rozwinęło. Podobało mi się, że patrzy na mnie jak na kobietę, a nie na niepełnosprawną. Kiedyś zapytałam: - Co tobie się we mnie spodobało?
- Wygląd.
- No, ale co jeszcze?
- Że taka jesteś zaradna.
Była nas w domu czwórka: trzy siostry i brat, rodzice pracowali, całą podstawówkę miałam nauczanie indywidualne. Kiedy wychodzili, musiałam sobie radzić, ale najpierw mnie tego nauczyli. Poza tym nie wstydziłam się prosić innych o pomoc.
Wtedy mieszkałam sama, uprawiałam szermierkę, startowałam w maratonach, tańczyłam - żeby coś robić oprócz pracy w PFRON-ie.
Przedtem jednak ten wózek facetom przeszkadzał. I może nie wychodziło to na początku znajomości, ale w pewnych momentach dawało się odczuć. Wychodziliśmy gdzieś i taki tekst: 'No to TRZEBA BĘDZIE cię wnieść'. Niby szczegół, ale my na takie szczegóły zwracamy uwagę. Rafał nigdy nie widział problemu. To ja czasem bardziej coś przeżywałam, np. jechaliśmy w góry - trzeba będzie mnie nosić, więcej czasu zajmie dojście gdzieś.
Zamieszkaliśmy razem. Bałam się, czy jego mama (tata już nie żyje) mnie zaakceptuje. Miałam już niemiłe doświadczenie: był w moim życiu ktoś, przedstawił swojej rodzinie i powiedzieli 'nie'. Mama Rafała powiedziała 'tak'. Moja mama wcześniej bardzo się martwiła, z kim ja będę, kto się mną zainteresuje.
I było wszystko dobrze. Pracowałam do piątego miesiąca. Ciąża świetnie się ułożyła, wysoko, no bo cały czas w pozycji siedzącej. Urodziłam na początku dziewiątego miesiąca, przez cesarskie cięcie, Wiktorka miała 2400 g i 50 cm. Jak Rafał ją przyniósł, to pierwsze, co powiedziałam: 'Ojej! Jaki ma krzywy nos'.
Nie, w gabinetach nie ma żadnego przystosowania. Lekarz po prostu brał mnie na ręce i sadzał na fotel. Dobrze, że byłam w miarę lekka. Później mąż chodził ze mną na wizyty i mu pomagał. Śmiesznie, bo nie mogli mnie zważyć. Wymyśliliśmy, że najpierw zważy się Rafał, potem weźmie mnie na ręce, ale zabrakło skali.
Poprosiłam mamę, żeby przyjechała i pokazała, jak opiekować się małą. Kiedy wyjechała, byłam przerażona: co zrobię, jak zacznie płakać? A jak będzie płakała długo? Rafał zwykłe łóżeczko przerobił na otwierane - materac był na równi z moimi kolanami. Kładłam ją na kolanach, podjeżdżałam do łóżka, przekładałam ją na łóżko, schodziłam z wózka i tam wszystko robiłam.
Najgorzej było, dopóki Wiktorka nie zaczęła siadać, bo nie mogłam wyjść z nią na dwór. Ja na wózku i pchać wózek, to nie bardzo. Zadzwoniłam do opieki społecznej: jestem osobą na wózku, mam malutkie dziecko, mąż pracuje od rana do nocy (w sklepie internetowym), rodzina daleko (pochodzę z Konina, Rafał z Kielc, a mieszkamy w Warszawie), potrzebuję kogoś, kto mógłby wychodzić z nami na spacer. Nie oddzwonili. Potem kupiłam specjalne szelki, przypinałam ją do siebie i jeździłyśmy dookoła bloku. Jak miała trzy-cztery lata, znowu z nią nie wychodziłam, bałam się, że ucieknie.
Więc ona jest taka bardziej córeczka tatusia. Do przedszkola, na trening karate - zaprowadzi ją, potem odbierze tata. Wszelkie wyjścia kojarzy z tatą; ze mną - zabawy w domu. Myśleliśmy o drugim dziecku, ale trudno się zdecydować. Przy dwójce chyba musiałabym zrezygnować z pracy. A spłacamy kredyt mieszkaniowy. Z jednym jest łatwiej.
Ludzie zwracają na nas uwagę. W supermarketach są kasy pierwszeństwa dla kobiet w ciąży i dla niepełnosprawnych, mąż przechodził i mówił: 'Przepraszam, przepraszam, żona na wózku i w ciąży.
Wiktorka widzi, że różnię się od innych mam. Jak poszła do przedszkola, zaczęły się pytania:
- Dlaczego jeździsz na wózku? - a czasem aż ze łzami w oczach: - Ja chcę, żebyś ty chodziła!
- Koleżanka ma zdrową mamusię, a ty chorą, to co, kochasz mnie mniej?
- No, bardzo cię kocham.
Oj, jak mnie drażni, kiedy idzie matka z dzieckiem ulicą i to dziecko pyta: 'Dlaczego ta pani jeździ na wózku?'. No bo dzieci są ciekawe, a matka: 'Nie patrz' - albo ignoruje. Jak dziecko słyszy 'nie patrz', to jak będzie starsze, będzie bało się podejść do takiej osoby.
Wracam z pracy, pranko, obiadek, w tamtym roku odbierałam jeszcze Wiktorkę z przedszkola, bo Rafał później kończył pracę, po drodze czasem jakieś zakupy. Zwykłe, codzienne życie, niczym nie różnię się od sąsiadów. I najśmieszniejsze, że często ludzie za to właśnie mnie podziwiają. No, ale za co? Przecież nikt zwykłego śmiertelnika nie podziwia za to, że normalnie żyje.
Marta (20), Emilka (5 miesięcy):Dzieckiem ich zaskoczyliśmy. Małżeństwem w zasadzie też. Skończył się rok szkolny, Rafał zrezygnował z pracy, bo uczył mnie w Laskach angielskiego (jest starszy o dziewięć i pół roku), zaręczyliśmy się. Któregoś dnia idziemy ulicą, a on pyta: 'Kochanie, a może byśmy pobrali się 30 sierpnia i poszłabyś do maturalnej klasy już jako Kanarek?'. Ja, że no dobra. Pojechaliśmy pod Sanok, moi rodzice pytają, kiedy ślub, mówimy - panika, że nie zdążą, bo chcieli takie typowo wiejskie wesele, jak to na Podkarpaciu. Mama bała się, jak dam sobie radę, ale tata powiedział, że już jestem dorosła i trzeba pozwolić mi wyfrunąć z gniazda. Ale potem to on bardziej panikował.
Obstawiali, że pierwszy będzie brat albo siostra wpadnie, a my może i wzięliśmy ślub, ale dziecko to przecież tragedia - para niewidomych.
I dla mnie, i dla Rafała to był kluczowy punkt przy wyborze osoby na resztę życia. On mówi: dwójka; ja: pięcioro. Ale wiadomo, mówić sobie można, już teraz jest mi tutaj (kawalerka - na szczęście własna) trochę za ciasno, bo co chwila jakiś grat przybywa i niedługo ten pokój będzie wyglądał jak magazyn.
Oboje urodziliśmy się z wadą wzroku, ja nie widzę nic, Rafał trochę, mieliśmy pewność na 99 proc., że nie przekażemy jej dziecku.
To pewnego rodzaju szczęście, bo nie widzieć od późniejszego okresu jest chyba trudniej. Tak człowiek od początku przyzwyczajał się do swoich ograniczeń. Gdybym teraz nagle zaczęła widzieć, to i tak funkcjonowałabym jak niewidoma.
Oboje od przedszkola uczyliśmy się w Laskach. Ja najpierw strasznie płakałam za domem, potem tak mi się spodobało - miałam tam koleżanki, kolegów - że nie chciało mi się przyjeżdżać, bo w domu się nudziłam. Rodzice Rafała mieszkają w Kielcach, ale wychowali go wujek z ciocią w Warszawie.
Zdałam maturę, był czerwiec, myślałam o studiach, a tu dziecko, myślę: no, kurczę, co teraz? Chyba lepiej zacząć, bo jak już się zacznie, to nawet siłą rozpędu. Pierwszy semestr zrobiłam wieczorowo, a teraz robię zaocznie. Studiuję filologię angielską na UW, Rafał sprzedał mi informacje o różnych profesorach, bo też to skończył (później jeszcze lingwistykę). Od poniedziałku do piątku on - praca (w Polskim Związku Niewidomych), ja - dom, w weekend role się zmieniają.
W wakacje byliśmy u rodziców, tata zaproponował, żebym po porodzie przyjechała z dzieckiem na kilka miesięcy. Rafał powiedział, że po jego trupie, bo dziecko ma dwoje rodziców, i że nie odrzucamy pomocy, ale na zdrowych zasadach.
A potem, na początku stycznia, kiedy Emilka już się urodziła (rodziliśmy wspólnie, Rafał przeciął pępowinę), tata wysyłał mamę: 'Jedź tam, jedź tam, bo oni sobie nie poradzą'. Mama przyjechała i: to robisz źle, to robisz źle. Kąpałam małą: za wolno ją ubierasz, za mało oliwki dajesz. Myślę: cholera, nie nadaję się na matkę czy jak?
Mała ledwie przestała ssać pierś: 'A to wezmę, żeby jej się odbiło'. U widzących często jest taki odruch, że zrobię to szybciej - więc wyręczają. Ciocia, jak do nas przyjeżdża: 'Uważaj, bo ci dziecko spadnie'. Ale my, dlatego że nie widzimy, też bardziej uważamy. W szkole rodzenia mówili nam: 'Nie słuchajcie żadnych cioć, babć, rodzice wiedzą najlepiej, czego trzeba ich dziecku, bo je znają, czują'.
W tej szkole na Ostrołęckiej była świetna położna. Nie miała wcześniej doświadczenia z niewidomymi, ale super do nas podeszła: oglądaliśmy film o porodzie, usiadła obok i zaczęła opowiadać; innym razem pokazywała na lalce, jak ubierać, rozbierać, generalnie to jest bardziej dla facetów, bo dziewczyny już się lalkami nabawiły, ale ja wolałam zobaczyć, bo bałam się, czy nie zrobię krzywdy dziecku. Rafałowi pokazywała jedna z kobiet i zaczęła za niego robić, a ona: "Ty nie rób za niego, tylko pokaż mu jak". I tym to już mnie ujęła.
Mamy dużo obaw, co będzie, gdy zacznie chodzić, biegać - jak ją upilnujemy? Jak będzie bazgrać, to widzący rodzic usiądzie i będzie poprawiał literki, a ja to lipa? Skąd będę wiedziała, że dziecko mi nie ściemnia, że nie ma nic zadane? W zeszycie tego nie przeczytam. Jak pójdziemy do supermarketu i coś podrzuci mi do koszyka? Jak będziemy jechać tramwajem, zobaczy coś przez okno, zapyta, co to jest, ja jej nie powiem?
Źródło artykułu oraz dwie pozostałe historie - Pauliny i Justyny pod tym adresem:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obc ... &startsz=x-----------------------
I pytanie dla Was: czy uważacie, że osoba niepełnosprawna (np. na wózku, niewidoma) poradzi sobie z opieką i wychowaniem dziecka/dzieci? Jakie jest Wasze zdanie/doświadczenie/obserwacje na ten temat?