Dwa telefony. I tragedia jak sprzed 16 latWcześnie rano. Cisza przed wyjściem do pracy. Paweł Frątczak, rzecznik komendy głównej Państwowej Straży Pożarnej, odebrał dwa telefony. Pierwszy od kolegi z Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa i Ochrony Ludności. Kolega mówi, że przyszło zgłoszenie do Grójca - wypadek, bus, ofiar może być nawet ponad 16. Frątczak: - Początkowo nie dawałem temu wiary. Potem telefon z jednej z telewizji informacyjnych. I pytania: ile osób zginęło? kilkanaście? Najtragiczniejszy wypadek samochodowy w Polsce od kilkunastu lat stał się faktem. Ostatnio podobnej skali wypadek miał miejsce pod Gdańskiem w 1994 roku. Dzisiaj zginęło 18 osób.
- Może być w tym dużo prawdy, bo do nas też wpłynęła taka informacja - odpowiedział dziennikarce, która zadzwoniła do niego jako pierwsza. Teraz – po kilku godzinach od momentu, gdy bus czołowo zderzył się z ogromną ciężarówką – mówi: - W ciągu 28 lat mojej służby w Państwowej Straży Pożarnej nie widziałem na polskich drogach wypadku o takim rozmiarze – podkreśla. A jako rzecznik siłą rzeczy musiał stykać się z tragediami tego rodzaju. Co prawda w 1994 roku na Pomorzu w wyniku wypadku zginęły 32 osoby, ale Frątczak nie był wtedy jeszcze rzecznikiem Straży Pożarnej.
Na początku było sześć jednostek SPZa "kadencji" obecnego rzecznika równie dramatycznym wydarzeniem był nie wypadek, ale pożar w Kamieniu Pomorskim, kiedy to zginęły 23 osoby. Ale to był duży budynek mieszkalny, a tu jest jeden samochód dostawczy, w którym tłoczyli się ludzie. I ciężarówka jadąca z naprzeciwka.
Rzecznik Państwowej Straży Pożarnej nie ukrywa, że na początku trudno było mu uwierzyć w zgłoszenie, które spłynęło do niego z samego rana. Wiadomo: ludzie dzwonią i mówią różne rzeczy. Fałszywych alarmów nie brakuje. Dlaczego właśnie dziś nie miałoby być kolejnego w miarę spokojny dnia - jak te poprzednie. A tu co? Tyle ofiar? Przecież to byłaby największa katastrofa w ruchu lądowym od kilkudziesięciu lat. W Polsce.
W początkowej fazie akcji na miejsce przybyło sześć zastępów strażaków. Pierwsi byli strażacy-ochotnicy z Nowego Miasta nad Pilicą. Potem ich liczba zmieniała się dynamicznie. Były karetki pogotowia z lekarzem, który jeden po drugim stwierdzał zgon. - Nie trzeba było rozcinać blach auta, a jedynie otworzyć tylne drzwi, bo to był samochód dostawczy. Przez nie można było najszybciej dokonać ewakuacji. Równolegle strażacy zabezpieczali miejsce wypadku – mówi nam Paweł Frątczak.
Policja, prokurator, zbieranie dowodówTeraz na miejscu wypadku trwają działania policji i prokuratury – zbierane są dowody, mające wyjaśnić ten – jak mówią strażacy – wypadek masowy. – Ale my jesteśmy zawsze do końca. To będzie wielogodzinna praca – podkreśla Frątczak. Jak wynika z jego doświadczenia, ruch powinien zostać przywrócony w późnych godzinach popołudniowych.
z:
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/kraj/dw ... omosc.html
- 18 osób nie żyje.....