|
CHYBA SZLAG MNIE TRAFI
Na zajęciach z konstrukcji metalowych robiła na drutach, a na praktykach mierzyła kościoły - o swoich studiach opowiada królowa kryminałów Joanna Chmielewska.
Podobno kiedy czyta Pani swoją książkę, ma poczucie, że data plamę. To prawda?
Wielokrotnie. Teraz, kiedy po długiej przerwie czytam swoje książki, to zmieniłabym wszystko i poprawiła. Są małe błędy, niezręczności. No, ale przecież nie zacznę pisać wszystkich książek na nowo.
Krytyczna jest Pani nie tylko w stosunku do swoich książek, ale też wobec współczesnej młodzieży i studentów.
Bo to, co zrobiło się z oświatą, woła o pomstę do nieba! Wszyscy chyba upadli na głowę! Dzieci w szkołach przestały się uczyć, szkoły średnie nie kształcą, a ciało pedagogiczne pisze „ołówek" przez „u". Na miłosierdzie Pańskie! Kto kogo tutaj uczy? Młodzież uważa, że wszelka nauka i studia to głupota niewarta uwagi. Teraz nie ma życia bez dyskotek, imprez, bez spróbowania tych drągów, tych pigułeczek, tych igiełek. Cieszę się, że niebawem umrę, bo nie jestem w stanie tego znieść i inaczej szlag mnie trafi.
Aż takie emocje to w Pani wzbudza?
No tak, bo jak tak można! Szlag mnie trafia, gdy słyszę, jak osoby po polonistyce „ubierają buty". W co oni je, do cholery, ubierają? W cekiny, w perełki, w złote hafty? A gdzie to „się"? A zabrakło! Ubrać można dziecko albo ukochaną żonę w rozmaite futra. Co my teraz posiadamy? Dwa ręce, dwa nogi. I to nie tylko w mowie, ale i na piśmie. Znam osobę po polonistyce, która uważała, że sensatka to taka facetka, która rozgłasza sensacje. Na studiach medycznych nie ma przedmiotu „diagnostyka". Efekt jest taki, że jeden lekarz na stu potrafi przy użyciu tych wszystkich instrumentów postawić trafną diagnozę. To ja lepiej potrafię to zrobić jako stara baba z doświadczeniem! A nie byłam na studiach medycznych, daję słowo! Wie pan, co mnie cieszy? A to, że umrę, a oni wszyscy zostaną między sobą i będą się kotłować z tą swoją wielką wiedzą! Bardzo będzie im tak dobrze!
Gdzie Pani zdaniem leży główna przyczyna takiej sytuacji?
To jest, niestety, wina ogólnospołeczna, która leci przez pokolenia. Wina spoczywa na rodzicach, nauczycielach oraz młodzieży, która lekceważy sobie wszystko dokładnie - ale to jest wina wychowania. Moje wnuczki są po studiach, moi synowie są po studiach i żadne z nich nie zidiociało. Jesteśmy taką wyjątkową rodziną? Nie, rodzice dbali o to, co dzieci robią i jak mówią. Pokolenie, które przeżyło wojnę, chciało, aby ich dzieciom było lepiej, ale tak aż do przesądy. Teraz dzieci tych dzieci też pokazują swoje zidiocenie. Nie wiedzą, gdzie mają książkę, plecak, tornister. Mamusia lata i szuka za nich. Za moich czasów nie przyszłoby jej to do głowy, aby latać za książkami, bo stała w ogonkach albo pracowała. Dziecko samo szukało po straganach książek wydanych jeszcze przed wojną, bo nie było innych. Rany boskie! Oni teraz nie potrafią sobie śniadanka zrobić, chlebka sobie ukroić. To jest stado paralityków! Jestem przerażona i poziomem nauki, i stosunkiem ludzi do wiedzy, nauki i ciekawości świata teraźniejszego oraz przeszłego. Przecież oni potrafią pomylić Henryka VIII z polskimi królami. Który on był, cholera? Ale nazwiskami piosenkarek estradowych, piłkarzy z przyjemnością zaśmiecamy sobie głowę.
Problem w tym, że nie czytają książek.
Ostatnio oglądałam teleturniej „Milionerzy" i tam zawodnik oraz jego koleżanki nie wiedzieli, co to są branki! Jakby natknęli się na tytuł "Branki w jasyrze", to nie mieliby bladego pojęcia, o czym może traktować to dzieło. Niezwykłe oczytanie! Przeczytaliby „Trylogię" i by byli tacy zmęczeni. Mamusia by musiała latać i przynosić herbatkę, mleczko i zdjąć buciki. Aż mi się cisną na usta budowlane słowa, a ja ten język dobrze znam.
Kiedyś było inaczej...
No pewnie! Ja wszystkie książki będące lekturami szkolnymi, z wyjątkiem „Tęczy" Wandy Wasilewskiej, miałam opracowane wcześniej, zanim znalazłam się w klasie. I w szkole nie dali rady mi ich obrzydzić. W latach 60. nasz naród słynął z tego, że nasze uczelnie wypuszczały fachowców lepszych niż w Danii, USA, Kanadzie, Francji. Jak pracowałam w Danii, wszyscy byli wstrząśnięci i zdumieni, że potrafiłam rozysować szacht windowy, bo to należało do konstruktora. Ja nie miałam prawa tego umieć. Ale to było kiedyś, a teraz ten polski architekt umie jeszcze mniej niż duński. Potworne!
Czyli mam rozumieć, że jako studenci architektury byliście zakopani po uszy w książkach?
Nie mieliśmy skąd wziąć książek. Jeśli były skrypty, to było błogosławieństwo. A tak człowiek jechał na własnych notatkach. Mieliśmy za to przedwojennych profesorów. Edukowali nas Suzin, Poniż, Karpiński, nie mówiąc już o Pniewskim. A profesor Biegański! Matko Boska, to było przeurocze zupełnie! W katedrze budownictwa wiejskiego był pan profesor Piaścik, a jego asystent nazywał się Baran. Więc to nam bardzo pasowało do tego wiejskiego budownictwa.
Rodzina widziała Panią na medycynie, Pani jednak zdecydowała się na architekturę. To było Pani marzenie?
Ja już bardzo wcześnie wiedziałam, że na medycynę nie pójdę, bo się brzydzę. Jakby ktoś teraz stłukł sobie kolano, to pójdę do sąsiadów, a może i zadzwonię po pogotowie. No, mogę jeszcze nalać zimnej wody dla otrzeźwienia. Architektura zaś nie była moim szczytowym marzeniem, ale jednym z licznych. Zawsze lubiłam historię sztuki i architektury. Pasjonowało mnie to. Chciałam na to pójść, więc poszłam. Miałam pewną łatwość, bo potrafię rysować. Po studiach wysłali mnie do Energoprojektu. To akurat było mi potrzebne jak dziura w moście. Nastawiałam się na budownictwo użyteczności publicznej, mieszkaniówki, a nie elektrociepłownie. Zrezygnowałam jednak z zawodu bez rozpaczy wielkiej, ponieważ nie byłam koncepcjonistką. Potrafiłam opracować w pełni i z zachwytem cudze pomysły, ale nigdy nie miałam ambicji, że muszę wymyślić coś wspaniałego.
Mówi Pani, że architektura to kierunek zarówno ścisły, jak i humanistyczny.
Bo historia sztuki to też architektura. Architekt jej nie musi znać, on ją po prostu zna. I nie ominie go ta wiedza, ona sama w niego wejdzie. Na moich studiach wszystko inne, oprócz całek, było przepiękne. Ale rzecz polega na tym, że osoba, która idzie na studia, powinna wiedzieć, co lubi, czego chce, co jej się podoba i co chciałaby w życiu robić. I kierować się przy wyborze nie tym, czy będzie sławna i miała dużo pieniędzy. Najgorszym nieszczęściem człowieka jest robić przez całe życie coś, czego się nie lubi. Największe szczęście to robić to, co uwielbiasz i dostawać za to pieniądze. A architekt to jest szczególny zawód, bo międzynarodowy. W Danii porozumiewałam się rysunkowo. Po duńsku na pewno nie potrafię się dogadać, a po angielsku mówiłam bardzo dziwne rzeczy.
Trudno było dostać się na architekturę w tamtych czasach?
Zostałam przyjęta na prośbę grona profesorskiego. Na egzaminie wstępnym musieliśmy napisać pracę na temat mechanizacji pracy jako czynnika podniesienia stopy życiowej. Zmiłuj się Panie nade mną! Przecież ja siedziałam w klasykach XIX-wiecznych! Ja mieszkałam między nimi. Więc napisałam wszystko na logikę i rozum. Jako jedyna nie napisałam ani jednego słowa o planie sześcioletnim, bo nie miałam o nim zielonego pojęcia. Wyróżniłam się tak, że kategorycznie zażądano, abym została przyjęta.
ROZMAWIAŁ WIKTOR KRAJEWSKI
CAŁY WYWIAD Z JOANNĄ CHMIELEWSKA ZNAJDZIESZ W PEŁNEJ WERSJI MAGAZYNU „DLACZEG0" NA SWOJEJ UCZELNI
KRÓTKO O NIEJ
JOANNA CHMIELEWSKA
Z wykształcenia jest inżynierem architektem, ukończyła Wydział na Politechnice Warszawskiej, przez kilka lat pracowała w biurach projektowo-budow-lanych. Jako autorka debiutowała w 1958 r. w piśmie „Kultura i Życie". W 1964 r. wydała swoją pierwszą książkę - powieść sensacyjną "Klin". Od 1970 r. zajmuje się wyłącznie twórczością literacką. W swoim dorobku ma już ponad 70 książek. Ich łączny nakład w Polsce przekroczył już 6 mln egzemplarzy.
_________________ [Czasem] Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś mógł mówić (miał prawo mówić) to, co mówisz (HALL/WOLTER). Nie mam czasu nienawidzić ludzi, którzy mnie nienawidzą, ponieważ jestem zajęty kochaniem tych, którzy mnie kochają;)
|