Dr Xiao-Ping Zhai pomogła zajść w ciążę setkom niepłodnych kobiet, stosując akupunkturę i ziołolecznictwo.
Kiedy w połowie lat 90. dr Xiao-Ping Zhai zaczęła stosować tradycyjną medycynę chińską w leczeniu niepłodności, przyjmowała w kilku maleńkich pokojach na Harley Street. Pacjenci pięli się po czterech kondygnacjach schodów, by w niewielkim korytarzyku przed gabinetem spocząć na twardych krzesłach jak zagubione i przerażone dzieci, wezwane przez dyrektorkę szkoły.
Oprócz skomplikowanych i paradoksalnych emocji, jakie zwykle odczuwają kobiety rozpaczliwie starające się o dzieci, miotające się od optymizmu („Tak – w tym miesiącu może się udać!") po panikę („Nigdy nie będę miała dziecka. Czemu właśnie ja?"), wiele z nich miało również poczucie, że Zhai jest ich kolejnym - oprócz samej niepłodności – wstydliwym sekretem. Gdyby czekające w korytarzu pacjentki zdradziły przyjaciołom i rodzinie, a zwłaszcza swym ginekologom, że aby zajść w ciążę, sięgnęły po akupunkturę i napary z ziół, byłby to ostateczny dowód, że w walce o dziecko zupełnie straciły rozsądek.
Zhai spotkałam po raz pierwszy sześć lat temu, gdy Michael Dooley, ginekolog i specjalista ds. niepłodności, dawniej z londyńskiego szpitala Lister, a obecnie szef własnej kliniki w Dorset, powiedział mi o jej niezwykłej skuteczności. W latach 1995-2000 Zhai leczyła 224 pacjentek (średnio 37-letnich) metodami tradycyjnej medycyny chińskiej. Po co najmniej półrocznej kuracji 76 procent z nich zaszło w ciążę. Z tego grona 77 procent urodziło, a spośród 23 procent, które poroniły, 69 procent doczekało się dziecka nieco później. W 2000 roku najlepsza klinika leczenia niepłodności w Wielkiej Brytanii chwaliła się sukcesem rzędu do 38,8 procent. U Zhai szanse na sukces, czyli urodzenie dziecka, wynosiły około 70 procent.
- Nie wiem, co ona robi – mówił mi Dooley. - Zupełnie tego nie rozumiem, ale ma niesamowite wyniki i pozostaję na to otwarty.
Sam zaczął kierować do niej najtrudniejsze przypadki, z których wiele nie nadawało się do zapłodnienia in vitro z powodu wieku, liczby pozostałych komórek jajowych czy też stężenia hormonu FSH (które wzrasta w czasie menopauzy). Były to kobiety, u których - na podstawie tradycyjnej diagnozy - nie było źdźbła nadziei na poczęcie naturalne lub dzięki metodom wspomaganego rozrodu (w niektórych klinikach wiele z nich nie kwalifikowałoby się do żadnej terapii). Zhai ze swoimi ziołami, akupunkturą i dziwacznymi praktykami – oraz konsultacją w duchu tradycyjnej medycyny chińskiej - była według Dooleya gabinetem ostatniej szansy.
więcej na :
http://dziecko.onet.pl/37053,0,0,chinsk ... tykul.htmlCo sądzicie o tej metodzie leczenia